Zew

Zaczęło się... pięć lat temu, gdy zabił się J.

Na ludzkim poziomie wielka tragedia, ale z czasem odniosłam wrażenie, że na jakimś duchowym poziomie była jak podmuch wiatru, który poruszył jakąś zasłonę i pozwolił mi zobaczyć więcej, zajrzeć głębiej. 

Jakiś miesiąc "po" nastąpił taki moment, w którym jakbym zapadła się w siebie, spojrzała tak głęboko jak jeszcze nigdy mi to nie było dane. 

I się zaczęło. 

Lubię stare opowieści, baśnie. Zdarza się, że jakąś czytam i nagle zaczynam nad nią po prostu ryczeć. Mimo że nie jest smutna czy "wzruszająca" w typowy sposób. 
Porusza jakąś nić wewnątrz mnie, napiętą do granic możliwości, trzymającą i utrudniającą oddychanie. Mimo że rzadko się zdarza, bym opowieść analizowała świadomie, mam wrażenie, że moja podświadomość doskonale rozumie to, co ona przekazuje. 

Mam wrażenie, że to bardzo niepopularne i niemodne przyznać, że jakaś osoba, zwłaszcza mężczyzna, zwłaszcza ukochany pomaga nieświadomie w duchowym rozwoju, ale odkąd poznałam Rzl te napięte nitki częściej pękają lub się rozluźniają. Nie mam poczucia, że robię coś nagannego, złego czy głupiego, bo... mam z kim o tym porozmawiać. 

Zawsze gdy pęknie któraś nić mam wrażenie, że świecę. Nie mam wrażenia, że muszę się z tym kryć. Mogę dzielić się radością z osiągnięcia kolejnego etapu. 

Dziś się znów poryczałam nad baśnią. Widzę, ile pracy jeszcze przede mną... ale z drugiej strony, ile już zrobiłam.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Insomnia I: fundament

Oplot

Woda